Palma daktylowa przeciw redeportacji przypowieści, czyli europejski pomnik Palestyny
Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich Joanny Rajkowskiej (2002) to piętnastometrowa palma w centrum Warszawy. Przedstawiamy pierwszy obszerny tekst poświęcony tej pracy, w którym Robert Yerachmiel Sniderman posługuje się kunsztowną prozą i cytatami, aby spleść wielorakie losy i genealogie Pozdrowień… Pisząc w kontekście trwającej ludobójczej wojny prowadzonej przez Izrael, Yerachmiel Sniderman ukazuje pracę Rajkowskiej jako europejski pomnik poświęcony Palestynie.
Dla Nelly. Dla dzieci Gazy. Dla Rosy.
Ja, palmą? Ja jestem stalą, która ją rani, przerażającym księżycem, który
ją składa w ofierze. Nie zniosę dłużej własnego wygnania.
— Zakaria Mohammed1
Tego, co teraz mówię, nie mówię ja,
Lecz jest to wykopane z ziemi jak ziarna skamieniałej pszenicy.
— Osip Mandelsztam2
Co do naszych europejskich przyjaciół: już nigdy, przenigdy więcej nie życzę sobie wysłuchiwać waszych kazań o prawach człowieka czy prawie międzynarodowym.
Mówię serio.
— wielebny dr Munther Isaac3
Skala tego pomieszania jest monumentalna. To pomieszanie jest samo w sobie monumentem.
— Dot Devota4
Drogi świecie,
Krótko mówiąc, jesteśmy kulminacją twojej dogłębnej, brutalnej żałoby.
Jesteśmy twoimi słonymi jeziorami.
— Hind Joudah5
Ale to tylko moje oko.
— Krystyna Budnicka/Hena Kuczer6
Myślę, że kiedy idee zostają zdławione siłą, a nie faktycznie pokonane – kiedy się je tylko zgniecie – zawsze mogą powrócić. Stają się ziarnami.
— Naomi Klein7
I odpowiedział Abraham i rzekł: Otóż przedsięwziąłem mówić do Pana, choć ja proch i popiół:
— Księga Rodzaju 18:278
Robert, ale ta palma jest projekcją na przyszłość.
— Joanna Rajkowska9
1 ziarna
X
Opowiem tę historię, czy może opowiem ją znowu.
Ponieważ poproszono mnie, żebym napisał, definitywnie, acz subiektywnie, akurat w tej godzinie, o czymś, co było – po tym, jak się stało, i to szybko – wszystkim tylko nie sztuką10, a więc o czymś, co – jak słyszałem – nazywano warszawską palmą albo palmą, choć wcale się tak nie nazywało; o dziele sztuki, częściej rozumianym, jeśli nie w wymiarze języka, to w wymiarze uczuć, jako anty-pomnik, ale tak czy inaczej – o drzewie rodzaju żeńskiego, i zarazem pomniku Holocaustu – jak podsunął w rozmowie przy sederowym stole daleki krewny, niewiele wiedzący o sztuce czy politycznej przemocy; jednak o pomniku innym od jakiegokolwiek nam znanego – a powinienem był mu wtedy powiedzieć: innego niż znany jest gdziekolwiek, jakkolwiek, a przynajmniej, jeśli się nie mylę, najzupełniej jedyny pomnik, który byłby w rzeczywistym sensie zakorzeniony, a także który przez dziesięciolecia byłby centralnym miejscem spotkań i ważnym rekwizytem11 czegoś, co można śmiało określić jako całe spektrum antynazistowskich gestów, gniazdowań, ukryć i przebrań w mieście, które nazizm niemal doszczętnie starł z powierzchni ziemi, spalił, uwięził i wygnał; mieście, które rozmaite reżimy próbowały później – z większym lub mniejszym zapamiętaniem – pchać ku etnosektariańskiemu wyburzeniu (jak w 1968 roku12) czy kobietobójczemu prawodawstwu (jak w 2020 roku13) – w obliczu, dodam, oporu – a zatem: palma, a także, zaledwie wczoraj, w Puszczy Białowieskiej14 – mit o zniszczeniu w mieście, fundament; palma, humus w miejscu nie znającym spokoju.
Dębowy las jest arytmią.
Aleje Jerozolimskie, 2001, Fot. Joanna Rajkowska
X
Akurat w tej godzinie słyszę samego siebie, jak do kogoś mówię. Kiedy się skończą nasze pośpieszne poszeptywania?
Po angielsku – w jedynym języku, w którym piszę teksty – wyraz draft ma dwa obszary znaczeń – nazwijmy je ogólnie tutaj, w Warszawie, na skrzyżowaniu ulic o znaczących nazwach Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie, jako z jednej strony sensy oporu wobec czegoś, a z drugiej strony sensy siły – sensy te koją moje najgłębsze lęki, moją malutką formę, metafizyczne krwotoki z nosa.
Jestem mniejszy niż moja pięcioletnia córka, jedna z miliona dzieci, którym dedykuję ten tekst, nie dlatego, że ona się niczego nie boi, i nie dlatego, że jest mniej – nazwijmy to – zdeprawowana zabójstwami popełnianymi na Ziemi i na obrońcach środowiska w Atlancie, w Kolumbii, w Indiach, na Filipinach15; codziennymi masakrami w przedszkolach, szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach jak nasz kraj długi i szeroki, nasz kraj-arsenał planety16, w którym żyjemy; siedemdziesięcioma tysiącami ton bomb, które zniszczyły Gazę17; powodziami, pożarami lasów, deportacjami, suszami; wszystkim tym, co w szczelnym zamknięciu zaczyna kisnąć i fermentować, co chyba zaczynam rozumieć – w miarę jak się starzejemy u boku innych, w miarę jak zaczynamy zwapniać, amputować, po kawałku odrzynać język rozmaitych trajektorii i genealogii miłości. Jestem mniejszy niż Nelly, bo ona żywi instynktowną, ucieleśnioną nadzieję, której językiem jest samo istnienie. Tak samo jak było nim istnienie Hind Rajab, błogosławionej pamięci – jednej z miliona dzieci, którym dedykuję ten tekst, która była o 23 miesiące starsza od Nelly, kiedy została zamordowana w styczniu zeszłego roku, kiedy uciekała, kiedy znalazła się w potrzasku ze zwłokami pięciorga krewnych, kiedy jeszcze żyła, ona i jej kuzynka, kiedy była w samochodzie, kiedy była na północ od miasta Gaza, kiedy była unieruchomiona, zamknięta murem, kiedy rozmawiała przez telefon z Palestyńskim Czerwonym Półksiężycem, zamknięta murem wewnątrz muru, podobnie jak dwa miliony innych, tam obecnych w sensie makro- albo mikro-kosmicznym, nagrywających własne unicestwienie, w czasie rzeczywistym, w listach do nas, od momentu, który dla mnie i dla wielu innych stał się oślepiającym błyskiem: ataków i masakr 7 października, i tego, co było wcześniej18.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002), 9 lutego 2015 o godzinie 14:30
O ile wcześniej? Ile stuleci? Ile godzin? I to z każdego kierunku? Ile dni? Kto zadaje to pytanie – bo ja nie widzę końca, bo ja jestem malutki, bo ja widzę początek?
A do tego: niezmierzona odwaga ratowników medycznych, przedzierających się ku niezmierzonej odwadze Hind: unieruchomionej, a także: już niedalekiej, a także: zamordowanej. Język nadziei, jego cielesna instynktowność – jeśli wolno mi tak to nazwać – która bije z głębi, tu, blisko, która bije z dala i spoza nas, która płynie z samego dołu, tam daleko – tym językiem cielesnej instynktowności było istnienie Hind, z którego została odarta razem z co najmniej szesnastoma tysiącami innych, i wielu kolejnymi pogrzebanymi w ruinach – ten język jest emisją prawdy o ludobójstwie w Gazie. Jeśli mam cokolwiek, to właśnie swoje miejsce w tej cielesnej instynktowności, w której każda chwila przynosi kolejne słowo, kolejny gest wobec mojego dziecka, które bywa wściekłe, bywa płaczliwe, bywa głodne, bywa tu i tam, bywa senne, bywa mądre, któremu na niczym nie zbywa, które bywa spragnione, bywa wrażliwe, bywa nieufne, bywa roześmiane, bywa zdrowe, które – bywa – woła mnie w nocy, żebym dał mu się napić wody.
Pamiętam, jak kilka lat temu, przez telefon, Joanna Rajkowska – artystka, która stworzyła i osadziła w swoim miejscu palmę – opowiadała mi o kontaktach z nowym pokoleniem upolitycznionych artystów w Polsce, osób być może bliższych mi wiekiem i odruchami, w okresie, kiedy demokratyczne instytucje państwa były podkopywane przez zamachy na władzę sądową19, kiedy polscy faszyści przechodzili przez Warszawę w wielkich marszach20, kiedy aborcja została niemal całkowicie zakazana, kiedy badania naukowe wykazujące udział Polaków w zbrodniach Holokaustu były traktowane jak przestępstwo21, kiedy unijne prawo azylowe było chronicznie gwałcone, a pradawna Puszcza Białowieska na granicy z Białorusią służyła do mordowania osób szukających azylu poprzez ich fizyczne wyniszczenie. Joanna popierała ich żar i zaangażowanie, ale niecierpliwiło ją ich podejście: powściągliwe, lękliwe, skupione na materializacji określonej polityki, podejście, w którym zacierała się pierwotna niewiedza i bezradność, które pozwalają stać się artystą22. Podkreślała, że Trzeba gdzieś pojechać, gdzieś stanąć i poczuć, co się dzieje we własnym ciele23.
2 tylko moje oko
X
W moim umyśle ten opór obecny w słowie draft, i zarazem jego siła, zjawiają się po raz pierwszy podczas próby tworzenia i w reakcji na to, co próba tworzenia materializuje, zanim nawet dzieło zdoła się urzeczywistnić i zostać oddane czy poddane (innym, nikomu); tak jak to się dzieje w tej właśnie chwili, z myślami, które teraz właśnie czytasz, a które zapisuję na marginesach jasnobrązowo oprawnej biografii Marcina Lutra zatytułowanej Luther, wydanej w Monachium w 1943 roku, w czasie, kiedy w Warszawie, w kwietniu, dwa zbrojne żydowskie ugrupowania – lewicowa Żydowska Organizacja Bojowa, Jidisze Kamf-Organizacje, złożona z (antysyjonistycznych) bundowców i socjalistycznych syjonistów, oraz faszystowski, rewizjonistyczno-syjonistyczny Żydowski Związek Wojskowy, Jidisze Militerisze Farajnikung, oba przymierające głodem, zamknięte murami getta, w mieście naznaczonym apartheidem aryjczyków i Żydów, zwiastującym samozagładę Europy, wśród odbywających się ostatnich deportacji do obozu koncentracyjnego w Treblince – rozpoczęły walkę z okupantem i masowym mordercą, a w odpowiedzi naziści spalili całe getto jak wielkie przekrwione oko24.
Tę książkę – Luther – znalazłem obok dwóch innych w pudle na kamiennym parapecie katolickiego kościoła obok przedszkola Nelly w dzielnicy Prenzlauer Berg, kiedy we wrześniu zeszłego roku mieszkaliśmy w Berlinie, i wtedy też postanowiłem robić zapiski na jej marginesach. Na parapecie leżały jeszcze dwie czy trzy inne książki i zbliżając się do kartonowego pudła, intuicyjnie wyczuwałem, że któraś z nich będzie autorstwa Marcina Lutra, z którym już od dawna chciałem się skonfrontować – pomyliłem się, ale nie byłem daleki od prawdy. Nieodłącznym aspektem rewolucyjnego oddziaływania Lutra na chrześcijaństwo, jako ojca reformacji i założyciela protestantyzmu, były również dwie prześladowcze książki, z których jedna popierała bezwzględne stłumienie ludowego buntu i nawoływała do masowego mordu na stu tysiącach niemieckich chłopów, a druga stała się fundamentem dla projektu nazistowskiego i dla antyjudaizmu w ogóle: Wider die Mordischen und Reubischen Rotten der Bawren („Przeciwko zbójeckim i morderczym rotom chłopów”) z 1525 roku oraz Von den Jüden und iren Lügen („O Żydach i ich kłamstwach”) z 1543 roku. To, jak życie po życiu obu tych dzieł przecina się ze współczesnością, nie przestaje domagać się mojej uwagi.
Luther zaczyna się już rozpadać i wypełniać moimi zapiskami, z których najwcześniejsze powstały w Warszawie podczas zeszłorocznych świętych dni pokuty, teszuwa, na dwa tygodnie przed 7 października, w tym między innymi powyższy zwrot – jak wielkie przekrwione oko – który sobie zapisałem, stojąc, zahipnotyzowany, w pobliżu lightboksu z pracą Joanny, Żyjemy dniem, godziną, minutą (Oko Krystyny Budnickiej/Heny Kuczer) (2023) na wystawie Wokół nas morze ognia. Losy żydowskich cywilów podczas powstania w getcie warszawskim. Praca Żyjemy dniem… jest makrofotografią oka Krystyny Budnickiej w skali 160:1 zamówioną przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN na osiemdziesiątą rocznicę powstania w getcie warszawskim. Budnicka, która urodziła się i została uwięziona przez nazistów jako Hena Kuczer, to warszawianka, emerytowana nauczycielka i jedyna żyjąca osoba, o której wiadomo, że ocalała z powstania w getcie warszawskim25. Kiedy pokazałem zdjęcie kuratorce i filozofce, Almut Shulamit Bruckstein Çoruh, powiedziała do siebie półgłosem, szahid... świadek. Słowo szahid chyba częściej słyszałem tłumaczone z arabskiego jako męczennik, ale Shulamit wyjaśniła, że – tak jak w hebrajskim – jego sens wiąże się ściśle ze słowem świadek, z którego się wywodzi. Kiedy zobaczyłem oko Budnickiej – źrenicę, tęczówkę, twardówkę i powieki26 – wtedy, wcześniej, w lightboksie, na wystawie, jeszcze nie znając słowa, które wypowie Shulamit, oto co wiedziałem.
Joanna Rajkowska, Żyjemy dniem, godziną, minutą (Oko Krystyny Budnickiej/Heny Kuczer), 2022. Fot. Jędrzej Sokołowski
Skala fotografii rzuca obraz oka jako niesamowitego, prastarego obszaru (owszem, takiego jak Puszcza Białowieska), jak ten, który czasami dostrzegamy w drugiej osobie, kiedy wpatrujemy się sobie w oczy z konsensualnym natężeniem, które przełamuje umowne granice nakazu spójrz mi w oczy. Pamiętam, jak patrzyliśmy tak sobie w oczy z moją pierwszą miłością, jako nastolatkowie, i znajdowaliśmy coś kipiącego kruchym poznaniem, prawie jakby oko nie było obecne, prawie jakby oka wcale nie było. Mówię oka, myśląc o lightboksie, bo niemożliwe było – pamiętam – zobaczyć oko drugiej osoby właśnie takim, i może pod tym względem ten akt odbiega od spójrz mi w oczy. To oko – mojej ukochanej i zarazem Budnickiej/Heny – jawiło mi się nieomal w separacji, osobne: nie w sensie spotkania odcieleśnionego czy wyciętego z większej całości, lecz raczej tego, że oglądam coś, co ogląda mnie, a zarazem pozostaje na mój wzrok obojętne i do tego niemal odrębne od wszystkiego, co mogę racjonalnie postrzegać jako część istoty ludzkiej w całości. A przynajmniej – równocześnie i niespodziewanie – oko robiło wrażenie niezamieszkałego terenu, czegoś nieludzkiego, niepowtarzalnego, efemerycznego, lustrzanego, samotnego, odległego. Być może to napięcie pomiędzy oboma biegunami cech – tych nieludzkich i tych aż nie do zniesienia ludzkich – niesie w sobie tę porowatą granicę, tę potencjalność obecną w słowie szahid, rozpiętą pomiędzy męczennikiem i świadkiem.
Opowiadając historię powstania w getcie warszawskim, wystawa przyjęła radykalną zasadę – wykorzystano wyłącznie ocalałe, fragmentaryczne relacje i materialne ślady uczestników i świadków, z pominięciem obszernej dokumentacji sporządzonej przez nazistów. Żyjemy dniem... było jedynym na wystawie współczesnym artefaktem i jedynym dziełem sztuki. W pierwszej sali, gdzie zainstalowano oko, lightbox stanowił intensywną refrakcję motywu zanotowanego przez Szymona Gliksmana, w duchu tego, co Walter Benjamin nazwał Jetztzeit27 (teraźniejszością czy też teraz-czasowością), a który w całości brzmiał: Nocą płonące getto, jak wielkie przekrwione oko, spogląda na stolicę i daremnie czeka na ratunek. W pozostałych zapiskach i fotografiach umieszczonych w sali ekspozycyjnej zachodziło krążenie napięcia pomiędzy świadectwem a doświadczeniem oddzielenia – tych, co na zewnątrz od uwięzionych w getcie; napięcie, to jest socjologiczny fakt zetknięcia się – w warunkach apartheidu, w środku ludobójstwa – mającego zadecydować, czy Polacy poza murami dołączą do walki i rozszerzą powstanie, by postawić opór destruktywnej reakcji, która już wkrótce miała zgładzić w getcie wszystko oprócz nielicznych osób i rzeczy skrytych pod ziemią, jak Hena w bunkrze; napięcie, czyli najpierwotniejsze wyobrażenia o tym dlaczego, co i kiedy mogą dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, pomyśleć ludzie po drugiej stronie muru.
Joanna Rajkowska, Żyjemy dniem, godziną, minutą (Oko Krystyny Budnickiej/Heny Kuczer), 2022 (fragment). Fot. Jędrzej Sokołowski
Joanna stworzyła tę fotografię ze swoim partnerem Andrew Dixonem i fotografem Jędrzejem Sokołowskim w jego studio, w którym ustawiono małą, drewnianą ramkę, którą zbudował Andrew, żeby delikatnie podtrzymała i unieruchomiła głowę portretowanej. Ale to tylko moje oko – powiedziała Joannie. Żyjemy dniem… pozwala utrzymać na nim skupiony, hiper-przybliżony wzrok, wnosząc w chwilę obecną konsensualną koncentrację, która wykracza poza imperatyw spójrz mi w oczy. Bo niezależnie od tego, o co prosisz kochanka, świadka albo kogoś, kto twierdzi, że kiedyś, dawno temu był twoim sąsiadem, a teraz podpala twoje prastare drzewa oliwne, albo pali żywcem całą twoją społeczność uwięzioną w stodole, albo całą twoją rodzinę uwięzioną w walących się murach mieszkania – to oko pokazane w zbliżeniu nabiera mutacyjności, perypatetyczności, obecności w decydującym momencie, staje się zmarszczką w rwącym nurcie. A jednak tekst wystawy nazywa ten stopień śmiertelnej materialności ostateczną granicą – fizycznym przetrwaniem określonym przez kruchość ludzkiego organizmu. Owo tylko oko Krystyny Budnickiej/Heny Kuczer, napisano, nie jest okiem abstrakcyjnym, nie jest symboliczne ani metaforyczne, jest to część ciała, która cierpiało, było uwięzione w bunkrze i skazane na zagładę, a teraz powtarza i sięga po grę spojrzeń, upiorną wymianę z 1943.28
Henry N. Cobb, WARSAW, AUGUST 1947 z wizualizacją palmy autorstwa Joanny Rajkowskiej (2012)
Sądzę zatem, że w Żyjemy dniem… kryje się pewna bardzo podstawowa moc, która destyluje to, co zdolność splecenia istoty ludzkiej z jej sztuką może w sobie pomieścić i skryć w obliczu przytłaczających, niszczących życie systemów. Bo to nie wspomniane powtarzanie czy sięganie samo w sobie niesie i pobudza tę podstawową, życiodajną moc, ale raczej włączenie go w siłę procesu starzenia się tego konkretnego oka, procesu, który jest zachowywany – dla nas, równocześnie, w diakrytyczny sposób – w znaku ukośnika pomiędzy Budnicką a Heną, i transmituje najintensywniej – bo właśnie to jest dla nas rzeczywiste, bo właśnie to wychodzi poza granice zwykłej rekonstrukcji historycznej – coś, co tekst wystawy przytoczony powyżej nazywa kruchością, ja: pierwotną kipiącą wiedzą, a sama Budnicka: tylko.
3 z ziemi
X
Drugi rodzaj sił czy oporów obecnych w angielskim słowie draft uobecnia się w jego znaczeniu przeciąg: fragmentach pogody przesuwających się przez zamkniętą przestrzeń schronienia. Zazwyczaj – tam, gdzie mieszkałem i na ile sam tego doświadczyłem, czy to zimą, czy po prostu podczas chłodu – jest to siła niepożądana, drażniąca, niewiadoma, dopóki się nie odczuje jej złowrogiego działania. Kiedy jest gorąco, ta sama siła tego samego słowa niesie przyjemność i ulgę, tak że samo słowo wręcz mutuje w inne, powiew, i niemal całkowicie unieważnia związek z draft/przeciągiem.
Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich to sztuczna, naturalnej wielkości palma daktylowa w centrum Warszawy, stworzona dwadzieścia dwa lata temu przez młodą i nieznaną wtedy artystkę z Bydgoszczy po powrocie z trzymiesięcznej wizyty w Izraelu – jej pierwszej z wielu podróży do historycznej Palestyny – gdzie zatrzymała się w pobliżu Bramy Damasceńskiej podczas drugiej intifady. Rzeczywista i nierzeczywista zarazem, wznosząca się wysoko nad usypaną wyspę na rondzie de Gaulle’a, skąd bierze początek odśrodkowy ruch dwóch głównych arterii o znaczących nazwach, Nowy Świat i Aleje Jerozolimskie, otóż owo dzieło jest, w jednym sensie, tak jak ja go doświadczyłem, progiem, od którego zaczyna się piesza przeprawa długim mostem nad Wisłą, kiedy odwracamy się od głównego dworca kolejowego i imponującego Pałacu Kultury i Nauki Stalina, mijamy Muzeum Narodowe, zwracając się w kierunku Pragi i drzew zarastających drugi brzeg rzeki, który nocą rozświetlają nieraz rozpalone przez ludzi ogniska widoczne z mostu po jego południowej stronie, a także jasnego, metalicznego stadionu piłkarskiego widocznego na północ od mostu. Warszawskiej palmie trzeba stawić czoło.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002), 15 lutego 2021 o godzinie 00:50 Fot. Marek Szczepański
Książka Joanny Rajkowskiej Where the Beast Is Buried (2013) opowiada o tej i innych, późniejszych jej konfrontacjach z regionem powojennego uchodźstwa europejsko-żydowskiego, osadniczego kolonializmu oraz wypędzeń i zniewalania Palestyńczyków. Książka jest chronologicznym zbiorem projektów publicznych, których centralnym wątkiem są zderzenia Joanny z nieminioną katastrofą regionu i niejako triangulacja czy też wytyczanie dla niego moralnych dróg29 w konfrontacji z Europą. Zbiór ten tworzy (po angielsku: drafts) coś, co uznałem za niespotykany, a zarazem niejako brzuchomówczy zbiór monumentalnych szeptów dotyczących nieprzepracowanych obszarów30 pokazanych z jej polskiej perspektywy. Późniejsze (ale i wcześniejsze) przedsięwzięcia artystyczne Joanny, często dokonujące się w przestrzeni publicznej, oddziałują na fragmenty albo na całość triangulowanej przestrzeni, umieszczając artystkę – w wymiarze fizycznym i koncepcyjnym – w szczelinach pomiędzy formami, pustkami i przestrzeniami (polskimi, palestyńskimi, żydowskimi), czy to w formie aluzyjnej, czy dosłownej, aby uwidocznić zmieniające się krystalizacje potencjalności i reperkusji w obrębie czegoś, co wcześniej nazwałem w tym kontekście „inter-izolacjami”: Nie ma oznak nadchodzącej śmierci (1995), Stan Państwa Izrael (2001), Maja Gordon jedzie do Chorzowa (2006), Dotleniacz (2007), Azyl dla uchodźców w Uhyst (2008), Camping Jenin (2008), Pocztówki ze Szwajcarii (2009), Minaret (2009-11), Bund! (2012), Born in Berlin (2012), Wymuszając cud (2012), Kamienie i inne demony (2019), nasz wspólny film Ślepowrony (2020), Sorry (2022), Ptaki w Gazie / Pozdrowienia z Gazy (2024) oraz trwający ciąg działań artystycznych związanych z palmą, w tym Śmierć palmy (2019), Flaga uchodźcza (2021) oraz nasz performans z Grupą Granica Nie wykorzeniaj! (2023)31.
Dla Joanny, Pozdrowienia… zapoczątkowały: dekady uporczywej bezsenności; proces zadomawiania się w mieście, które mieszana, żydowsko-słowiańska rodzina prawie nieobecnego w jej życiu ojca opuściła, kiedy było morzem ruin; a także szereg prac często uznawanych za najważniejsze dzieła sztuki publicznej w Polsce po upadku PRL. Co więcej, i może precyzyjniej, Pozdrowienia… są szukaniem po omacku przejawów tego samego strachu i tej samej dezorientacji, których artystka doświadczała najpierw w trakcie izraelskiego oblężenia okupowanego Betlejem, i potem znowu po powrocie do Warszawy, którą odbierała jako przestrzeń podziurawioną pustkami. To nie był lęk czy strach przed czymś konkretnym – pisała o własnym doświadczeniu w Palestynie-Izraelu – tylko napięcie, które wisiało w powietrzu – w zapachu potu, w każdym autobusie, do którego wsiadałam, pomiędzy ludźmi. Czasami w ciągu dnia kładłam się na łóżku, zamykałam oczy i czułam drżenie na całym ciele32.
Joanna Rajkowska, Państwo Izrael I, 2001, Fot. Artur Żmijewski
We wcześniejszych pracach, które odbieram jako skurcze porodowe Pozdrowień…, Joanna stworzyła serię sytuacji, w których leży twarzą do ziemi: na chodniku, w długich rękawach i długiej spódnicy w ortodoksyjnej dzielnicy Me’a Sze’arim, naga na dnie pustego prywatnego basenu w Tyberiadzie. Ta druga sytuacja została sfotografowania i zatytułowana Stan Państwa Izrael. Widzę jej czoło spoczywające na niebieskich kafelkach, twarz zanurzoną w kałuży zielonkawej wody przy brzegu basenu, swobodne uszy nasłuchujące, co wisi naokoło w powietrzu, oczy wbite w ziemię, gdzie pogrzebana jest bestia, bo w ziemi pogrzebane jest przecież wszystko, w tym pięćset palestyńskich wiosek. Mój przyjaciel, Dirar Kalash, muzyk i artysta dźwiękowy z Kafr Kary, który – tak jak Joanna – nie słyszy na jedno ucho i którego – tak jak Joannę – definitywnie upolityczniła druga intifada, twierdzi, że do tego, żeby móc słuchać w zniszczonej, skolonizowanej wiosce, trzeba najpierw nie zgodzić się słuchać uszami33.
W swojej książce Stranger in My Own Land (2022) Fida Jirtis pisze, że podczas drugiej intifady, pracując w biurze w zdominowanym przez ludność żydowską Karmielu – izraelskim mieście zbudowanym na ruinach Dejr el-Asad, Biny i Nachf – poczuła, że nie jest w stanie powstać na znak szacunku w Jom ha-Szoa, dniu upamiętniającym żydowskie ofiary nazistowskiego ludobójstwa. Nagle ciszę przerwał przenikliwy dźwięk. Wszyscy powstali. Była to upamiętniająca syrena. W tamtej chwili nie byłam w stanie się podnieść… Miałam mdłości. Przed oczami migały mi tylko obrazy z telewizyjnych relacji: krew, okaleczone ciała, kobiety krzyczące i wyrywające sobie włosy z głowy, gruzy, pogrzeby jednego ciała za drugim, ciał owiniętych w palestyńskie flagi. Kolega z pracy daje znać oburzeniu na jej brak reakcji. Po kilku chwilach odzyskałam głos. ‘Kiedy my tu rozmawiamy, oni tam, w tej chwili, zabijają moich. Wstają, żeby upamiętnić własnych zabitych, a równocześnie zabijają kolejnych moich’34.
W dniach poprzedzających wyjazd, napisała Joanna, Choć to nie był mój konflikt ani moja wojna, z niezrozumiałych dla mnie powodów było to jednak moje nieszczęście. Wspominała: Na targu ludzie często milkli, słysząc, jak rozmawiamy po polsku. Patrzyłam na ich nieprzyjazne, gorzkie twarze. Myślałam sobie, to nic dziwnego, gdybym była polską Żydówką, nic nie skłoniłoby mnie do powrotu do Polski35.
Palma wyrasta z ziemi, żeby połączyć dwa światy – podziemie i ponadziemie.
X
Kiedy dokonuje się splątanie oporów i sił obecnych pod powierzchnią angielskiego słowa draft, pojawiają się we fragmentach pogody przesuwających się przez zamkniętą przestrzeń, zmaterializowane i oddane innym. Ich wzajemną relację odbieram jako kojącą. Dzięki nim jestem na czas. Co więcej, dzięki nim nie jesteśmy w tym sami. A zatem – jestem za późno.
Można powiedzieć, że Pozdrowienia… Joanny są dźwiękiem, który przekracza, a zarazem niesie w sobie, czas i terytorium; widmową demarkacją, linią ucieczki36, ale przy tym linią zakorzenioną w pewnym miejscu, na przecięciu dróg, przy rzece, gdzie terytorium staje się jeszcze jednym elementem pełni życia. Pomniki zamrażają pamięć – napisała do mnie Joanna, kiedy w wiadomości głosowej nazwałem Pozdrowienia… pomnikiem. Owszem, Joanno, wiem to, dowiedziałem się tego właśnie od ciebie, kiedy miałem 29 lat, zanim się spotkaliśmy, ale mimo to Pozdrowienia… być może coś zamrażają, coś, co może nie jest odsłonięciem – nie odsłonięciem rany, nie odsłonięciem krzywdy, nie odsłonięciem mocy, czy to aktualnie rodzącej się, czy nostalgicznej. Tym, co zamraża warszawska palma, jest pewna żywotność, która pozostaje w ruchu – jak zima, która owszem, stopnieje, ale także powróci. To, co robię – napisała do mnie – pozwala im [projektom publicznym] działać, ewoluować i zmieniać się w sposób niemal biologiczny. Warstwa za warstwą, spojrzenie za spojrzeniem. Stają się rekonstrukcją wszystkiego, [ale] w najbardziej materialny, organiczny sposób, jak się tylko da37.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002) z kufiją, 2011
Po powrocie z Jerozolimy do Warszawy, zauważyła niedawno, tamten stan przerażenia – wyczułam to natychmiast – przyniósł ze sobą właśnie to, ten sen, że to się nigdy nie wydarzyło… że Szoa nigdy nie było38. Wielu przeczyta jej słowa i może nawet poczuje empatię wobec tej myśli, odbierając ją jako niemożliwe życzenie, próbę powstrzymania czegoś, co obecnie należy już jednoznacznie określić jako planetarny cykl ludobójstw, przesiedleń i strukturalnych prześladowań, cykl który – o ile go nie zatrzymamy – zniszczy nas wszystkich, wszystkie nasze ziemie, wszystkie nasze wody. A jednak, wydaje mi się, w tamtym czasie, w jej strachu, młodości i pomieszaniu, to niemożliwe pragnienie zrodziło się z powodu, który wielu z nas może się wydać jeszcze bardziej znajomym, czyli z pierwotnej niewiedzy i bezradnych środków, którymi próbujemy stworzyć sobie dom, tak jak wtedy, kiedy Achille Mbembe – formułując propozycję etyki mającej być odpowiedzią na naszą skrajną słabość – pisze: nie można zamieszkiwać w jakimś miejscu, nie będąc przez nie zamieszkanym39.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002), instalacja liści, 2003
Joanna i jej towarzysz podróży, artysta Artur Żmijewski, napisali potem artykuł, żeby opowiedzieć o czasie spędzonym w Palestynie-Israelu podczas drugiej intifady. Zmagając się z jego formą, Joanna zasugerowała, że zamiast napisać zakończenie, powinni posadzić palmy daktylowe wzdłuż Alej Jerozolimskich. Palma daktylowa, uprawiana w Palestynie od tysięcy lat, jest silnym i wieloznacznym symbolem, bo daktyle to podstawowy pokarm w wielu kulturach, zarówno lokalnych, jak i żyjących w diasporze, skąd zawędrowały nawet do języka polskiego w formie nieprzetłumaczalnego […] wyrażenia. Palma ci odbiła sygnalizuje moment utraty kontroli, logiki, moment szaleństwa oglądany z punktu widzenia osoby twardo stąpającej po ziemi40. Kwerenda w warszawskiej bibliotece publicznej przywiodła Joannę do odkrycia historii nazwy alei: likwidacji w 1774 roku Nowej Jerozolimy, żydowskiego osiedla założonego dwa lata wcześniej, do którego pierwotnie prowadziła od Wisły Droga Jerozolimska, przodkini dzisiejszych Alej. Idąc w kierunku Wisły, a następnie ją przekraczając, odwracałem się zarazem plecami od ruin Nowej Jerozolimy, przefiltrowanych przez warszawską palmę, która jest przejęzyczeniem: zarazem czymś obcym, jak i zrozumiałym, lokalnym, karcącym zwrotem.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich (2002), 17 czerwca 2019 o godzinie 10:30. Fot. Marek Szczepański
W kontekście budowy dzieła uwaga Joanny na poziomie formalnym skupiała się w pełni na kwestii skali. Palma miała z daleka robić wrażenie realnej. Mapa, którą mamy w głowie, a zwłaszcza plan miasta, to zbiór obrazów, napisała podczas pracy nad Pozdrowieniami… Skręcając w znajomą ulicę, spodziewamy się takiego właśnie obrazu. Jeśli pojawi się nowy element, który ją zasadniczo przedefiniuje, natychmiast podejmujemy wysiłek przyswojenia sobie nowego obrazu. Wymaga to pracy pamięci, włączają się emocje. Interesowało mnie tych kilka sekund niedowierzania41.
Warszawska palma jest surrealistyczna, intymna, wprowadza refrakcję, ironię. Jest sztuczna. Jest czująca, i taka pozostanie, kiedy nas już nie będzie. Nie jest moją prababką, ani prababką Joanny, ani kamieniem nagrobnym 375 000 warszawian-Żydów poddanych ludobójstwu, z których zapewne nikt nie wiedział zbyt wiele o palmach daktylowych, których zapewne nie należy mylić ze sztucznym drzewem, bo ich polskie korzenie były autentyczne i pradawne. To, co się dzieje w Palestynie-Izraelu, wchodzi w skład całego szeregu konkretnych, nierozstrzygniętych działań państwa. Europa jest zależna od Państwa Izrael jako od pewnej formy restytucji. A zarazem to nie była restytucja. Była to – i nadal jest – kontynuacja naszego prześladowania, była ona niczym więcej niż darem ich broni. Warszawska palma jest dokładnym cytatem i skonstruowanym złudzeniem. Palma karci, palma słucha.
2020, Robert Jaworski, Strajk Kobiet pod palmą
Pracowałem kiedyś z kurdyjsko-irańską myślicielką i aktywistką, Nastaran Saremy, nad teoretycznym ujęciem miejsca jako erupcji określonych momentów na fizycznym obszarze, erupcji, która dokonuje się za sprawą translokalnych wyobrażeń i (tym)czasowych suwerenności. W tym sensie miejsce nazywamy ziemią wyobrażoną. Z takimi erupcjami nie mają nic wspólnego granice terytorialne. Absolutne granice nie wyznaczają miejsca, a jedynie stosunek dominacji. Palma jest pomnikiem takiej erupcji, i dlatego właśnie w Polsce, państwie narodowym, jest odbierana jako anty-pomnik. Jak to określiła kiedyś Nastaran, żyje na ziemi wyobrażonej42.”
Henry N. Cobb, WARSAW, AUGUST 1947 z wizualizacją palmy autorstwa Joanny Rajkowskiej (2012)
4 przerażający księżyc
X
Trzeci przypadek oporów i sił obecnych w angielskim słowie draft nie jest dla mnie kojący. Wręcz przeciwnie, jest niepokojący. Po angielsku etymologiczny rdzeń słowa draft jest związany ze znaczeniem ciągnąć czy czerpać, ale zarazem: zaciągać (na przykład do armii); ciągniemy (draft) wodę z rzeki, żeby się napić; szkicujemy (draft) wstępny projekt architektoniczny na podstawie studium, żeby budować; odciągamy (draw) nastolatków od ich młodości, żeby uśmiercali życie.
Te skurcze (kontrakcje) Pozdrowień…, ale też ich budowa (konstrukcja), po raz pierwszy umiejscowiły warszawskie zabudowania w Palestynie, a ziemię Palestyny w Warszawie poprzez wyczuwanie, pomieszanie, przestraszenie, poprzez rozciągnięcie na oba terytoria strukturyzującej siły apartheidu i czystek etnicznych z ich wymianami, z ich poprzedzaniem i przerastaniem wydarzeń – niepoliczalnej skali Szoa, jak i niepoliczalnej skali Nakby, nawet jeśli te dwa zdarzenia pozostają wobec siebie na zawsze odrębne. Skuteczność organicznych, refleksyjnych działań Joanny brała się pomimo, ale też właśnie z powodu owego niemal całkowicie zniszczonego, spalonego, uwięzionego i przesiedlonego dziedzictwa jej rodzinnego domu, domu dzieciństwa nieobecnego ojca, do którego artystka musiała, niejako przypadkiem, przybliżyć się własnym ciałem na ziemi wyobrażonej.
Te skurcze czy kontrakcje Pozdrowień…, jak i sama ich konstrukcja, wysuwają roszczenie wobec jednego z fundamentów odpowiedzialności, przyjmowanej w imieniu polskiej i europejskiej ontologii – zarówno za czystki etniczne w Palestynie, jak i za izraelski strach, który – jak napisała Joanna w obronie swojego niezrealizowanego projektu Minaret – dźwiga kształt państwa izraelskiego, jego praktyk, jego apartheidu, jego zbrodni wojennych i jego relacji z Innym43. Jednak monumentalizacja musi wychodzić ku heterogenicznej teraz-czasowości (Jetztzeit), bo inaczej przeradza się w uświęcenie nieistotności i moralnego rozpasania. Monumentalizacja musi zamrażać i odmrażać – w rytmie powrotów zimy, w rytmie wzbierania drzewnych soków.
Joanna Rajkowska, wizualicja Minaretu, projekt publiczny, 2010
Opowiadając to wszystko, raz jeszcze, robię co mogę, żeby być kimś, kto nadal mieszka w Warszawie, choć nie mieszkam w Warszawie, prababciu Saro bat Mosze, nawet jeśli nie chciałabyś mnie tam widzieć, nawet jeśli chciałabyś mnie tam widzieć, nawet jeśli okazałoby się, że sama nigdy stamtąd nie pochodziłaś. I w ten sposób, czyniąc co w mojej mocy, robię to, co warszawska palma czyni z wieloma z nas, to znaczy – szybko, milcząco – sprawia, że wszyscy, razem, opowiadamy historie, jednoczesne i odrębne zarazem, w ramach czegoś, co Haviva Pedaya, w odniesieniu do szesnastowiecznej kosmologii upadania i wznoszenia się rabina Mojżesza ben Jakuba Kordowero, w Palestynie, na wygnaniu, z Hiszpanii, w Safedzie, określiła jako gigantyczny czas44. Moja wersja opowieści, która różni się od twojej, jest przypowieścią i spłatą długu. Choć palma nie jest mi nic dłużna, to ja jestem jej coś winien. Akurat w tej godzinie jestem jej winien spisanie – jako gość – i jestem jej winien odwagę wyrażenia niezgody na krzywdę.
Akurat w tej godzinie, po roku niekończącego się, bezcelowego, zbiorowego odwetu, totalnej i nieustannie rozszerzającej się wojny (i nie tylko), toczonej przez obłąkany osadniczo-faszystowski reżim Państwa Izrael, podłączonego pod kroplówkę broni, teokratycznego konsensusu i prawnego immunitetu zapewnianego przez Stany Zjednoczone, mój kraj z racji urodzenia, paszportu i schronienia, którego udzielił moim pradziadkom.
Akurat w tej godzinie, po roku masakry za masakrą, za masakrą, za masakrą, za masakrą, każdego dnia znoszę lekturę o kolejnej masakrze – całych rodzin, uchodźców wewnętrznych, częstokroć w sytuacjach największej bezbronności, częstokroć czekających na racje żywnościowe, jak podczas mącznej masakry z 29 lutego 2024 roku, podczas snu w jedynej wyznaczonej strefie bezpieczeństwa, jak podczas namiotowej masakry z 26 maja 2024 roku, podczas udzielania pomocy lekarskiej rannym i chorym, albo właśnie na rannych lub chorych, jak kiedy zniszczono kompleks szpitalny Al-Szifa, albo modlących się w szkole, jak podczas masakry w szkole Al-Tabin.
Joanna Rajkowska, Pozdrowienia z Gazy III, 2024, collage
Cały rok odkąd trwa już publiczna egzekucja dokonywana na imionach naszych przodków, na nazwach naszych tradycji, egzekucja, której dokonuje rewizjonistyczny, antydemokratyczny reżim, który radykalnie i po wielokroć przesądzi o nastaniu całych stuleci wszechplanetarnego antyjudaizmu, jestem tego pewien, bo przynależność do nas – jak mówią światu aktualni posiadacze najbardziej przewrotnej, naiwnej, ulotnej i interesownej władzy – musi oznaczać bezwarunkowe poparcie dla takiego właśnie zniszczenia.
szesnaście tysięcy siedemset pięćdziesięcioro sześcioro dzieci, błogosławionej pamięci
dziewięćset dwie całe rodziny, b.p.
dziesięć tysięcy pod gruzami, b.p.
sto pięćdziesiąt tysięcy domów, b.p.
połowa drzew i gospodarstw, b.p.
siedemset studni i wszystkie instalacje odsalające, b.p.
sto czternaście szpitali i przychodni medycznych, b.p.
dziewięćset osiemdziesięcioro sześcioro pracowników medycznych, b.p.
sto dwadzieścia trzy szkoły i uczelnie, b.p.
sto siedemdziesięcioro pięcioro dziennikarzy, b.p.
trzydzieścioro pięcioro zakładników, b.p.
w świętej Gazie45.
— ijar 5784 – tiszri 5785, Berlin + Bellingham (USA).
Related contributions and publications
-
The Repressive Tendency within the European Public Sphere
Ovidiu ŢichindeleanuInternationalismsPast in the Present -
Siempre hemos estado aquí. Les poetas palestines contestan
Rana IssaEN es tr arInternationalismsPast in the Present -
Broadcast: Towards Collective Study in Times of Emergency (for 24 hrs/Palestine)
L’Internationale Online Editorial Board, Rana Issa, L’Internationale Confederation, Vijay PrashadInternationalismsSonic and Cinema Commons -
…and the Earth along. Tales about the making, remaking and unmaking of the world.
Martin PogačarLand RelationsClimatePast in the Present -
The Kitchen, an Introduction to Subversive Film with Nick Aikens, Reem Shilleh and Mohanad Yaqubi
Nick Aikens, Subversive FilmSonic and Cinema CommonslumbungPast in the PresentVan Abbemuseum -
Rewinding Internationalism
InternationalismsVan Abbemuseum -
Troubles with the East(s)
Bojana PiškurInternationalismsPast in the Present -
Right now, today, we must say that Palestine is the centre of the world
Françoise VergèsInternationalismsPast in the Present
Related activities
-
–Van Abbemuseum
The Soils Project
‘The Soils Project’ is part of an eponymous, long-term research initiative involving TarraWarra Museum of Art (Wurundjeri Country, Australia), the Van Abbemuseum (Eindhoven, Netherlands) and Struggles for Sovereignty, a collective based in Yogyakarta, Indonesia. It works through specific and situated practices that consider soil, as both metaphor and matter.
Seeking and facilitating opportunities to listen to diverse voices and perspectives around notions of caring for land, soil and sovereign territories, the project has been in development since 2018. An international collaboration between three organisations, and several artists, curators, writers and activists, it has manifested in various iterations over several years. The group exhibition ‘Soils’ at the Van Abbemuseum is part of Museum of the Commons. -
–VCRC
Kyiv Biennial 2023
L’Internationale Confederation is a proud partner of this year’s edition of Kyiv Biennial.
-
–MSN Warsaw
Multicultural Youth Center
The Museum of Modern Art in Warsaw, together with the confederation of museums L'Internationale, is establishing a Multicultural Youth Center. This is a unique space for 16-24 year olds to explore and develop their creativity, make new friends and hang out in a friendly and supportive environment.
-
–MACBA
Where are the Oases?
PEI OBERT seminar
with Kader Attia, Elvira Dyangani Ose, Max Jorge Hinderer Cruz, Emily Jacir, Achille Mbembe, Sarah Nuttall and Françoise VergèsAn oasis is the potential for life in an adverse environment.
-
MACBA
Anti-imperialism in the 20th century and anti-imperialism today: similarities and differences
PEI OBERT seminar
Lecture by Ramón GrosfoguelIn 1956, countries that were fighting colonialism by freeing themselves from both capitalism and communism dreamed of a third path, one that did not align with or bend to the politics dictated by Washington or Moscow. They held their first conference in Bandung, Indonesia.
-
–Van Abbemuseum
Maria Lugones Decolonial Summer School
Recalling Earth: Decoloniality and Demodernity
Course Directors: Prof. Walter Mignolo & Dr. Rolando VázquezRecalling Earth and learning worlds and worlds-making will be the topic of chapter 14th of the María Lugones Summer School that will take place at the Van Abbemuseum in Eindhoven.